Menu

co by tu zjeść, mości państwo?

zapis łakomej jaźni

Szarak w luksusowym sosie

zjedzonejagody

Dziś będzie o (wymuszonej) elegancji. Jak już udało nam się ustalić – uwielbiam biesiadować i dążę do biesiadowania w każdym możliwym momencie swojego życia. Mam jednak problem z etykietą. Wszystkie sztywne zasady (nietrzymanie łokci na stole, niemówienie podczas posiłków, gustowne jedzenie groszku odpowiednią stroną widelca) nie leżą w mojej naturze, co więcej uważam że stoją w sprzeczności z przyjemnością płynącą z przyjmowania pokarmów. Czy jest bowiem coś milszego od rozchełstanego siedzenia przy stole, wspieraniu łokciem głowy przy popijaniu wina lub rozdzierania pity gołymi palcami? Dlatego zawsze staram się wybierać restauracje, które nie straszą elegancją. Oczywiście, brutalna prawda jest też taka, że nie stać mnie na wykwintne obiadowanie, lubię jednak myśleć, że ostatecznie (po wielomiesięcznym ciułaniu) mogłabym pójść „na momenty” do Amaro, ale wybieram inną  drogę życiową. Chciałabym Wam opowiedzieć o najelegantszym doświadczeniu restauracyjnym, które mam na swoim koncie. A wszystko działo się w pewne Walentynki.

Zanim jednaj przejdziemy ad rem pozwolę sobie na małą dygresję, a właściwie wyznanie: jestem udręczonym dzieckiem kapitalizmu. Obchodzę prawie wszystkie „święta”, które przyszły do nas zza oceanu. Na miesiąc przed Bożym Narodzeniem zaczynam przygotowania do świąt, budzi się we mnie zbieractwo gadżetów, słucham christmasowych dżingli i myślę tylko o świętym Mikołaju. Właściwie jedyne święto, którego się we mnie nie zaszczepiło to Halloween. Wizja chodzenia z kubełkiem od sąsiada do sąsiada i żebranie o cukierki nie jest zgodne z moim (przerośniętym) poczuciem godności. Sukces oparcia się amerykańskim Zaduszkom skutecznie niweluje moja miłość do Walentynek. Nie da się tego w żaden sposób wytłumaczyć ani usprawiedliwić, musicie mnie zaakceptować taką, jaką jestem. Uzależnioną od serduszek, amorków i lizaków w kształcie serca. Całe życie towarzyszyło mi marzenie, żeby w to Wielkie Święto pójść do bardzo eleganckiej restauracji. I nagle, w wyniku szczęśliwego splotu okoliczności (i wsparcia nieocenionych przyjaciół) udało mi się wygrać dwuosobowe zaproszenie do Amber Roomu w alejach Ujazdowskich.

Wieczór był zupełnie magiczny – mroczny, pachnący smogiem i wilgocią. Na wstępie poproszono nas abyśmy poczekali na sofie aż kelner zaprowadzi nas do stolika. Zapadliśmy się nieśmiało w aksamitne trzewia kanapy i staraliśmy się wyglądać jak stali bywalcy. Moszczenie w wygodnych kanapach jest o tyle problematyczne, że trzeba z nich w którymś momencie wstać, co nigdy nie wygląda romantycznie, jeśli nie posiada się wyćwiczonych mięśni brzucha. Na szczęście łaskawy kelner odwrócił dyskretnie wzrok kiedy wzajemnie wyciągaliśmy się ze zdradzieckich poduszek. Po przejściu do właściwej sali okazało się, że jest ona ogromna, tak rozległa, że z jednego końca sali trudno było podejrzeć stolik w najodleglejszym roku. Kiedy już minęło oszołomienie, przeżyliśmy spotkanie z kelnerem, który chciał nam ułożyć serwetki na kolanach, odegraliśmy scenę z Pretty Woman ze sztućcami (naprawdę jest ich tyle rodzajów, że można się pogubić) i wtopiliśmy się w rytm tego miejsca przyszło lekkie otrzeźwienie. Ta restauracja nie miała duszy, jedzenie było niezwykłe (acz odpowiednio mikroskopijne), natomiast wszystko sprawiało wrażenie dobrze naoliwionej, zestandaryzowanej maszyny. Po sali miękko stąpali ujednoliceni kelnerzy, w kącie grał pan na pianinie, średnio co kwadrans przy którymś stoliku ktoś się komuś oświadczał, a wszystko razem było jakieś takie niewyraziste. Jedynym jaskrawym punktem był pan menadżer, który jednym okiem obejmował wszystkie stoliki, a drugim sprawdzał, czy kelnerzy mają dobrze naciągnięte mankiety. I właśnie ów menadżer sprawił, że wspomnienie tego wieczoru pozostało w naszej pamięci. Po tym, jak już zjedliśmy wszystko co kuchnia miała nam do zaoferowania, zaczęliśmy zbierać się do wyjścia i wtedy wyrósł przed nami kelner z rachunkiem. Wytłumaczyliśmy więc grzecznie, uśmiechając się taktownie, że my nie płacimy, ponieważ zaproszenie na kolację wygraliśmy i poprosimy o płaszcze. Na wieść o tym kelner ewaporował, a na jego miejsce pojawił się menadżer, któremu powtórzyliśmy wszystko raz jeszcze.  W mgnieniu oka z twarzy spełzł mu firmowy uśmiech, w jego oczach dostrzegliśmy niebezpieczne błyski. Aksamitnym tonem powiedział, że sprawdzi o co chodzi. Pozostawieni sami przy stoliku poczuliśmy się jak czarne plomby w śnieżnobiałych zębach. Napięcie zaczęło się nieznośnie rosnąć, nikt już się nami nie interesował, nie proponował nam dolania wody. Co więcej zaczęliśmy mieć wrażenie, że kelnerzy czujnie krążą wokół naszego stolika, tak jakby bali się, że będziemy próbowali zbiec z restauracji. Finalnie jakiś pomagier kelnera powiedział nam, że sprawa została załatwiona i możemy już iść. Odebraliśmy więc nasze odzienia wierzchnie, które wyglądały naprawdę przaśnie i buro na tle wiszących futer, pożegnaliśmy się cicho i odetchnęliśmy z ulgą, że wreszcie możemy wrócić do naszego, jakże niewykiwanego, życia przeciętnych zjadaczy chleba.

I taka to była historia, ale nie wpłynęła w żaden sposób na moją miłość do Walentynek.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Tutiki] *.centertel.pl

    Bo to tak jak z tym tanim strzyżeniem dla emerytów. Musisz powiedzieć przed, żeby mogli użyć tańszego szamponu bez odżywki. Ale cieniasy. A jak można było wygrać tam kolację?

  • zjedzonejagody

    trzeba było opisać w paru żołnierskich (acz wzruszających) zdaniach najlepsze Walentynki dotąd.

© co by tu zjeść, mości państwo?
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci